← Wróć do tekstów

Relacje i własne „ja”

Kiedy kompromis staje się rezygnacją z siebie?

Gdzieś pomiędzy „ustąpię tym razem” a „znowu zrobię tak, jak chcesz” może pojawić się granica, której długo nie zauważamy.

Czas czytania: około 6 min

To, że w związku czasem ustępujemy – to naturalne. Nie da się przeżyć wspólnego życia, za każdym razem stawiając na swoim. Czasem wybieramy film, którego sami byśmy nie włączyli. Jedziemy gdzieś, choć wolelibyśmy zostać w domu. Zmieniamy plany, bo druga osoba czegoś potrzebuje. To jest część bycia razem. Tylko że gdzieś pomiędzy „ustąpię tym razem” a „znowu zrobię tak, jak chcesz” może pojawić się granica, której długo nie zauważamy.

Bo kompromis nie zawsze wygląda jak kompromis. Czasem wygląda jak święty spokój.

Jak rezygnacja z rozmowy, bo nie mamy już siły tłumaczyć. Jak zgoda na coś, czego wcale nie chcemy, tylko dlatego, że wiemy, jaka będzie reakcja. Jak odpuszczanie rzeczy, które są dla nas ważne, bo łatwiej powiedzieć „nieważne”, niż po raz kolejny walczyć o swoje miejsce.

Najpierw są drobiazgi. Nie proponujesz już restauracji, którą lubisz, bo on zawsze kręci nosem. Nie mówisz, że chcesz gdzieś pojechać, bo wiesz, że usłyszysz: „Po co?”. Nie spotykasz się z kimś tak często, jak byś chciała, bo potem robi się dziwnie. Nie mówisz, że jesteś zmęczona, bo przecież „wszyscy są”. I w pewnym momencie zaczynasz zauważać, że coraz częściej decyzję podejmujesz nie na podstawie tego, czego chcesz.

Tylko tego, co będzie łatwiejsze. Co nie wywoła napięcia, nie skończy się kłótnią, nie będzie wymagało tłumaczenia.

I właśnie tutaj warto się zatrzymać.

Bo zdrowy kompromis nie polega na tym, że jedna osoba stale się przesuwa, żeby druga mogła wygodnie stać w miejscu. Kompromis zakłada, że oboje czasem ustępujemy. Że oboje jesteśmy ważni. Że czasem robię coś dla ciebie, ale ty też czasem robisz coś dla mnie. Nie na zasadzie liczenia punktów. Nie: ja trzy razy ustąpiłam, więc teraz twoja kolej. Raczej z poczuciem, że w tej relacji jest miejsce na potrzeby nas obojga. Problem zaczyna się wtedy, kiedy coraz częściej myślisz: „Nie będę tego mówić.” „Nie ma sensu.” „Dostosuję się.” „Jakoś to przeżyję.” I nawet nie zauważasz, że przestałaś pytać samą siebie: A czego ja właściwie chcę?

Rezygnacja z siebie rzadko zaczyna się od wielkich rzeczy. Częściej od małych. Od kolejnych sytuacji, w których stawiasz siebie kawałek dalej. Potem jeszcze kawałek. Jeszcze trochę. Aż któregoś dnia orientujesz się, że jesteś we własnym życiu gdzieś na końcu kolejki. I co gorsza – już prawie się do tego przyzwyczaiłaś. To jest chyba jedna z trudniejszych rzeczy w relacji. Bo łatwo pomylić rezygnację z siebie z miłością. „Robię to dla nas.” „Dla dzieci.” „Nie chcę być egoistką.” „Przecież w związku trzeba się poświęcać.”

„Nie mogę zawsze myśleć o sobie.”

Tylko że bycie w relacji nie powinno oznaczać znikania. Nie trzeba za każdym razem wybierać siebie. Ale dobrze byłoby przynajmniej siebie słyszeć.

Wiedzieć, czego potrzebuję. Co mi służy. Czego już nie chcę. Co jest dla mnie ważne. Gdzie kończy się moja elastyczność, a zaczyna coś, z czym już nie chcę się zgadzać.

Bo kompromis to spotkanie dwojga ludzi gdzieś pośrodku. A rezygnacja z siebie zaczyna się wtedy, kiedy jedno z nich ciągle idzie w stronę drugiego. I po czasie nie bardzo pamięta, gdzie samo chciało dojść.

Może więc od czasu do czasu warto sobie zadać kilka prostych pytań.

Czy w tej relacji nadal mam prawo mieć własne zdanie? Czy potrafię powiedzieć „nie”, nie bojąc się tego, co będzie dalej? Czy moje potrzeby są traktowane poważnie? Czy ja sama traktuję je poważnie?

I chyba najważniejsze: czy w naszym „my” nadal jest miejsce na moje „ja”?

Jeśli ten tekst brzmi znajomo…

„Szeptem” to prawdziwa historia kobiety, która przez lata słyszała wszystkich oprócz siebie.